Thursday, July 1, 2010

Pārdaugava

Kwiecień 2007
Uzbrojona w aparat fotograficzny, paczkę ciastek i niestrudzone towarzystwo Sandry rozpoczęłam eksplorację najdzikszych zakątków Rygi. Takich, w których nie bywają turyści, o których nie piszą przewodniki. Skupiłyśmy się przede wszystkim na rejonie Pārdaugava („Za-Dźwina”), który ze względu na romantyczne brukowane uliczki i drewniane domki figuruje na liście dziedzictwa kulturowego UNESCO.
Pārdaugava ma swój własny klimat, swoją własną, unikalną twarz, która znacznie różni się od tego, co znajdujemy w centrum i większości innych dzielnic Rygi. Jest zaściankowa, prowincjonalna, romantyczna. Panuje tu atmosfera jakiegoś niewymuszonego spokoju, życie toczy się powoli, ludzie mają czas, by stanąć na ulicy i przyjrzeć się jakiemuś interesującemu elementowi dekoracyjnemu na ścianie któregoś domku z drewna. Same domki otoczone są ogródkami, w ogródkach suszą się prześcieradła, miejsce na ławkach przy drzwiach dzielą ze sobą koty i doniczki z kwiatami. Dużo przestrzeni, mało ludzi – Pārdaugava ma naturę wsi. Paradoksalnie, bo to oficjalnie najdroższa i chyba najintensywniej rozbudowywana dzielnica Rygi.




Zeļļu iela. Przy malutkiej uliczce Zeļļu znajduje się chyba tylko sześć domów. Z jednej strony zamyka ją Āgenskalna tirgus, z drugiej – brama Wydziału Matematyki i Fizyki. (Wydział posiada kilka budynków, od pałacyku położonego w samym środku ogrodzonego parku po nasz brzydki, czteropiętrowy akademik, ukryty za wysokimi drzewami gdzieś na szarym końcu parku.)
Brukowana ulica Zeļļu to jedno z najpiękniejszych miejsc w całej Rydze. Gdyby nie zaparkowane wzdłuż chodnika samochody, można by odnieść wrażenie przeniesienia się w czasie. Pierwszy dom za bramą Wydziału jest bladoniebieski i posiada małą, okrągłą wieżyczkę, zakończoną skośnym dachem. Między drzewami po drugiej stronie ulicy – chatka jak z bajki, mała niczym domek letniskowy, zielona, z najprawdziwszymi okiennicami. Wszystkie budynki przy Zeļļu są z drewna, ale każdy ma inny kolor.



Nometņu iela. Kiedy spacerujemy ulicą Nometņu, Sandra pokazuje mi domy, w których kiedyś mieszkała. Przeprowadzała się wielokrotnie, ale zawsze w obrębie Āgenskalns. Tu spędziła dwa miesiące, tam – kilka lat. W tym mieszkaniu wybił okno zazdrosny chłopak jej córki. Ona sama była wtedy związana z dziesięć lat młodszym od siebie śpiewakiem chórowym, który uwielbiał spacerować wieczorami po okolicy. Wraz z nim odkryła wiele prześlicznych miejsc, które teraz pokazuje mi.
Nometņu iela przypomina trochę gęsto zabudowaną polską wieś góralską. To wrażenie sprawiają duże drewniane domy o bardzo różnorodnej formie – z wieżyczkami, balkonami, okiennicami, schodami, gankami i werandami. Każdy dom otoczony jest drzewami, rzadko który – płotem. Niektóre mają własne nazwy, wypisane na słupkach, drzwiach lub skrzynkach pocztowych.
Czuję się tu dość nieswojo, bo brakuje mi typowo polskiego, wszędobylskiego psiego szczekania. Łotysze zdecydowanie wolą koty. Fotografuję je na ławkach i parapetach.



Arkādija. Park, w którym pewnego lutowego popołudnia karmiłam z Ż. kaczki, jest zupełnie inny wiosną. Poznaję go od nowa – mam w głowie jakieś mętne jego wspomnienie, czuję się jednak trochę tak, jakbym rozglądała się po miejscu, które przedtem widywałam tylko nocą. Mostek, z którego wtedy obserwowałam przepływającego kanałem bobra, okazuje się być jednym z wielu. Wiele jest też kaczek i wielu ludzi.
Park jest zaniedbany, a mimo to urokliwy. Jego główną atrakcję stanowi doszczętnie spalony zeszłej zimy zabytek klasy zerowej – drewniany pawilon w stylu skandynawskim. Chcą go odrestaurować, zorganizować tam kino letnie, kawiarnię, centrum kultury czy cokolwiek. Problem stanowią pieniądze oraz nierozwiązana dotąd kwestia własności – budynku i całego parku. Māras diķis. Obszar wokół stawu to jeden wielki plac budowy. Powstają tu ogromne bloki mieszkalne, bo każdy chce mieszkać na Āgenskalns i mieć okno z widokiem na wodę. Porozrzucane bez planu drewniane domki kulą się w cieniu pnących się stale w górę hipernowoczesnych apartamentowców. Wszystkie mieszkania, jakie zostaną oddane do użytku na Āgenskalns w ciągu najbliższych dwóch lat, są już wyprzedane. 

 

Ķīpsala. Gwóźdź programu – wyspa w centrum miasta. Dosłownie i w przenośni. Wyspa na Dźwinie, przecięta wpół mostem Vanšu tilts, ale też wyspa finansowej i intelektualnej wyjątkowości. 
 

Kolejne miejsce ze swoją własną atmosferą, specyficzną architekturą. Drewniane domy przypominają te z ulicy Nometņu, z tą niewielką różnicą, że są o wiele lepiej utrzymane: rzuca się w oczy niezbywalny fakt, że ktoś na to wydał niezłe pieniądze. Praktycznie wszystkie mają prywatnych właścicieli, którymi nieprzypadkowo są ludzie z pierwszych stron gazet. Mieszkają sobie oni nad rzeką, w domkach jak z bajki, do których zapraszają gości na dyskusje o polityce i literaturze. Zwykli śmiertelnicy zwiedzają tę dzielnicę niczym skansen.
Domy są duże, piętrowe, czyste, pomalowane na wyraziste kolory: czerwony, zielony, niebieski. Mają śnieżnobiałe dwuskrzydłowe drzwi z kołatkami i okiennice. Stoją tuż przy ulicy, nie widać nigdzie płotów ani ogródków, nie ma też wszędobylskich kotów. Wszystko to przypomina nieco zabudowę Skandynawii. Takie domki widuje się na okładkach folderów biur podróży, specjalizujących się w wycieczkach do Szwecji i Danii. 



Czy tam na pewno ktoś mieszka? Sandra zagląda przez okna. Nie widać ludzi ani na zewnątrz, ani wewnątrz. Również super ekskluzywna restauracja, która posiada dryfujący na Dźwinie „ogródek”, świeci pustkami.
To tutaj znajduje się perełka nowoczesnej łotewskiej architektury – przemieniona w ekskluzywne osiedle mieszkaniowe radziecka fabryka cegieł.
Wracamy na Āgenskalns osiedlem domków szeregowych. Są one postawione tak, że ich frontowe okna łapią zachodzące słońce i odbijają je różem.

No comments: