Sunday, August 15, 2010

Fragment powieści "Šampinjonu derība"

Powieść Laimy Muktupāveli "Šampinjonu derība" ("Pieczarkowy testament") to utrzymana w formie reportażu opowieść o Łotyszach, którzy wyjechali do Irlandii za pracą. Napisana dowcipnym i lekkim stylem, dotyka bardzo trudnych czasem problemów, jak warunki, w których mieszkają pracujący na "czarno", ich niesamodzielność, brak znajomości języka, tęsknota za rodziną i niepewność tego, co ich zastanie po powrocie, jak również dynamicznie rozwijające i zmieniające się układy pomiędzy ludźmi z bardzo różnych środowisk, którzy znaleźli się na odciętej od świata fermie niczym w telewizyjnym reality show.
Ta powieść może być niezwykle interesująca dla polskiego czytelnika dlatego, że dotyczy bardzo nam bliskiego problemu, a jednocześnie w fascynujący sposób ukazuje łotewską tożsamość i kulturę. Czytelnik odkrywa zupełnie inny sposób postrzegania i interpretowania dobrze mu znanych zjawisk - a to niezwykle wciąga.
Jestem w trakcie tłumaczenia fragmentów tej powieści, którą chciałabym wydać w całości w języku polskim, po odnalezieniu chętnego do współpracy wydawnictwa.

Wszystko będzie dobrze, pocieszałam się w myślach, nie mogąc pojąć, jak ważącą tonę kupę rzeczy zmieścić do podróżnej torby. Nie więcej niż dwadzieścia kilogramów. Weź i zważ robocze buty, kurtki, jakieś koszule, skarpetki, jeszcze jedne spodnie robocze, w razie gdyby nie było gdzie prać, bo przecież w Irlandii nie pada tylko w irlandzkich pubach i knajpach.
Weź i wyrzuć z torby razowy chleb, szprotki, ser, czarny balsam ryski i buteleczkę sznapsa, słoiczki z mięsną konserwą, kawę, czarną herbatę, no przecież nie można wiedzieć, kiedy będzie pierwsza wypłata, by za nią kupić chleb powszedni. A z tęsknoty za prawdziwym łotewskim czarnym chlebem i boczkiem usychają wszyscy, co się znaleźli na obcej ziemi.
Boczek! Żeby była siła.
Chleb razowy! Bez niego zostawić ojczyzny Łotyszom po prostu nie wypada. Czy to na Zachód czy na Wschód, uciekając czy odjeżdżając wbrew woli, w bydlęcym wagonie. Stąd ten chlebek. Dla mnie, dla łotewskiej tożsamości.
Spakowałam torbę. Świta.
Weszłam do kuchni i poczułam, że mogę jeść, ile się zmieści. Niech to będzie kojące duszę danie z boczku, takie w guście męża mojej sąsiadki (ten to dopiero macho. Kiedy je, ona sama gdzieś w kącie potulnie, upokarzająco obserwuje jego mlaskanie).
Mięsno-tłuszczowy boczek pokroić w paski, podsmażyć na patelni, nakroić cebuli, smażyć, aż się przyrumieni, przyprószyć czarnym mielonym pieprzem, pod sam koniec smażenia dodać starty rosyjski ser. Gdy ten zacznie się rozpuszczać, zdjąć z ognia, polać obficie kwaśną śmietaną, dodać cienko posiekanej zieleniny (koperku + szczypiorku + pietruszki) i zakryć pokrywką. Podać macho.
Po uczcie postąpiłam zgodnie z rytuałem macho, który zawsze go stosował po przejedzeniu – czyli beknęłam, a pierdnięcie to już tak wyszło samo. No tak, ciężkie jedzenie, nie ma co.
Na lotnisko zawiozła mnie Elioczka. Nic z tych kinowych scen, gdzie odlatującą w dal żegna tłum krewnych albo zasmucony narzeczony. Ja nikogo nie mam. Dla równowagi, Elioczka podarowała mi książeczkę – zapiski jakiegoś indiańskiego szamana; masz, poczytasz sobie w długie zimowe wieczory po pracy, powiedziała.
Wszystko będzie dobrze, uspokajałam się w myślach, próbując nie zapomnieć, co muszę zrobić.
1. Zarejestrować bilet.
2. Zdać bagaż.
3. Ostatni raz wypić w Rydze kawę.
4, 5. i tak dalej, ale zapomniałam, co.
W kawiarence na lotnisku wypiłam kawkę (kawa + zamiast mleka likier „Charlotte” na odwagę), jednocześnie obserwując podróżnych.
Rosjanie. Młoda Rosjanka z wysoko zaczesaną fryzurą, ujętą tak ogromną klamrą do włosów, jakby to dziesięć palców po obu stronach głowy trzymało włosy niczym w szponach. Blondynka, jaskrawo farbowana. Oho! Same usta niczym wart wszystkiego rumiany grzech. W futrze, na wysokich obcasach, w uszach sztuczna biżuteria, ale może też złota, nie potrafię odróżnić tych świecidełek. Śmieje się i rozmawia z trzema chłopcami. Wszyscy w skórzanych kurtkach.
(…)
Łotysze. Spokojni. Powściągliwi i sztywni. Pochowani za walizkami jak w okopach. Łotysze potrafią je sobie stworzyć gdziekolwiek i z jakiegokolwiek materiału. Jak ja, na przykład. Piję kawusię i nikomu nie przychodzi do głowy podejść do mnie i zapytać, czy nie czuję się samotna.

1 comment:

Agnieszka said...

miło słyszeć, że powstają projekty wydania literatury łotewskiej w Polsce. mam nadzieję, że poszukiwania wydawcy będą owocne. Sama staram się wydać przekład litewski, ale idzie dość opornie ;)