Thursday, November 11, 2010

Przepisy kulinarne z "Pieczarkowego testamentu"

Życzę smacznego :)

Pieczarkowe kotleciki „Pokrywa świata”
Pół kilograma pieczarek podgotować, odcedzić. Poszatkować je dużym nożem na miazgę. W 500 ml gotującej się wody rozpuścić kostkę bulionu grzybowego lub warzywnego, następnie wsypać pół litra płatków owsianych błyskawicznych; gdy płatki zmiękną, przełożyć do dużej miski. Dodać pieczarki i dwa jajka i wszystko wymieszać. Z masy formować niewielkie kotleciki, jak okrągłe, gładkie kamienie na nadmorskiej plaży. Smażyć na rozgrzanym oleju z jednej strony, gdy ta zbrązowieje, przewrócić na drugą stronę i położyć na wierzch kawałek sera Cheddar. Ser rozpuści się dokładnie w momencie, gdy druga strona pięknie zbrązowieje. Kotleciki można podawać z sosem, który przygotowuje się z majonezu, według upodobania dodając koncentratu pomidorowego bądź łagodnego ketchupu, pół łyżeczki chrzanu i nieco brązowego cukru. Najwspanialej smakują z surówką ze świeżej, grubo startej marchewki z rodzynkami z dodatkiem soku cytrynowego i szczyptą oliwy. Racząc się tą potrawą, zamilknąć i głęboko zastanowić się nad zjawiskiem powolnego zanikania majestatu świata pod wpływem niesamowitego wrażenia, jakie wywołują te kotleciki… 


Pieczarki z kalafiorem „Rozejm białej i czerwonej róży”
Nalać nieco oliwy na patelnię i podsmażyć cebulę pokrojoną w duże krążki oraz paprykę w ognistoczerwonym kolorze pokrojoną w łódeczki średniej wielkości. Gdy cebula i papryka się przyrumienią, dodać nieco drobno pokrojonego selera oraz pokrojone na duże kawałki pieczarki. Kalafior rozdzielić na różyczki i dorzucić na patelnię. Całość polać wrzącą wodą z rozpuszczoną kostką bulionu warzywnego w takiej ilości, by przykryła całą potrawę, lecz nie większej. Części składowe potrawy będą się lepiej trzymać razem po zagęszczeniu mieszanki. W tym celu wsypać do filiżanki pół łyżki mąki, wlać zimne mleko i dobrze wymieszać, by nie pozostały żadne grudki, które mogłyby spowodować niepotrzebne nieporozumienie. Polać duszoną potrawę. Podawać z żółtymi ziemniaczkami i dodatkiem ziarna słonecznika. W takiej kombinacji ta szlachetna potrawa wywoła ciężkie myśli o wrodzonej nienawiści, dwóch światach, Kainie i Ablu… niech ten, kto jej skosztuje, będzie pełen zrozumienia dla jej wyszukanego smaku i ludzkich niedoskonałości!


Zapiekanka pieczarkowo-fasolowa „Koza wstąpiła do nieba”
Do przygotowania tego dania należy przystępować ze świadomością, że pracy będzie dużo. Zapewniamy jednak, że będzie ono warte każdego wysiłku – dlatego proszę nie rzucać łyżki w krzaki i przystąpić do dzieła z ochotą! Już poprzedniego wieczora zalać pół litra jasnej fasoli wodą i odstawić do zmięknięcia. Rano ugotować, lecz tak, by nie była zbyt miękka. Na kilka minut przed końcem gotowania można dodać nieco soli, lecz, ponieważ wszyscy wiemy, że sól nie jest zdrowa, można dokonać niewinnego oszustwa i dodać pół kostki bulionu warzywnego… wtedy fasola zyska ładny aromat. Wodę odlać. Na patelni usmażyć dziesięć-dwanaście pokrojonych pieczarek do wyparowania soku. Drobno pokroić cebulę. Następnie fasolę, pieczarki i cebulę przełożyć do większej miski i dodać plasterki pomidora, nieco czarnego pieprzu i soli czosnkowej. Wbić trzy jajka. Aby zapiekanka była szczególnie delikatna, można postarać się oddzielić żółtka od białek. Do żółtek można dodać łyżkę mąki. W ten sposób zapiekanka nie będzie się rozpadać. Żółtka dodać do warzyw i porządnie wymieszać. Białka jajek ubić ze szczyptą soli i odrobiną brązowego cukru, gdyż w ten sposób ubiją się szybciej i piana będzie bardziej sztywna. Teraz zaczyna się najważniejsze. Pianę z białek stopniowo przelać do miski i powoli wtrzepać. Dokładnie tak, wtrzepać, nie wmieszać. Trzepać łyżką fasolowo-pieczarkowej masy z dołu, wznosząc ją po ściance naczynia niczym po zboczu krateru – w górę. To nada zapiekance puszystości. Tak przygotowaną masę przelać do wysmarowanego olejem naczynia żaroodpornego i posypać rozmaitymi ziarnami – słonecznika, sezamu, i oczywiście siemieniem lnianym. Wstawić naczynie do pieca i piec w wysokiej temperaturze około pół godziny. Pięć minut przed wyjęciem z pieca posypać potrawę startym serem. Po wyjęciu zapiekanki z pieca pokroić na duże porcje. Każdą wyłożyć na talerz i oblać ostrym sosem = wymieszać śmietanę z majonezem w proporcji 1:1 dodając świeżego startego pomidora i drobno posiekany ząbek czosnku. Jedząc zapiekankę myśleć o tym, że jest zima. Ziemia pokryła się warstwą lodu, co symbolizuje ser. Lecz można być spokojnym i czuć się pewnie, ponieważ pod spodem znajdują się niezniszczalne białe grzyby i zdolna do wykiełkowania fasola. To daje stuprocentową gwarancję, że wiosna nadejdzie – choćby nie wiem jak silny był mróz, zawsze znajdzie się jedna fasolka, która wykiełkuje w buntowniczo silny pęd, wiodący ku słońcu! Po dotarciu do nieba nie należy skarżyć się Bogu. Wszyscy znamy hasło: „Sezamie, otwórz się!”

Sunday, August 15, 2010

Fragment powieści "Šampinjonu derība"

Powieść Laimy Muktupāveli "Šampinjonu derība" ("Pieczarkowy testament") to utrzymana w formie reportażu opowieść o Łotyszach, którzy wyjechali do Irlandii za pracą. Napisana dowcipnym i lekkim stylem, dotyka bardzo trudnych czasem problemów, jak warunki, w których mieszkają pracujący na "czarno", ich niesamodzielność, brak znajomości języka, tęsknota za rodziną i niepewność tego, co ich zastanie po powrocie, jak również dynamicznie rozwijające i zmieniające się układy pomiędzy ludźmi z bardzo różnych środowisk, którzy znaleźli się na odciętej od świata fermie niczym w telewizyjnym reality show.
Ta powieść może być niezwykle interesująca dla polskiego czytelnika dlatego, że dotyczy bardzo nam bliskiego problemu, a jednocześnie w fascynujący sposób ukazuje łotewską tożsamość i kulturę. Czytelnik odkrywa zupełnie inny sposób postrzegania i interpretowania dobrze mu znanych zjawisk - a to niezwykle wciąga.
Jestem w trakcie tłumaczenia fragmentów tej powieści, którą chciałabym wydać w całości w języku polskim, po odnalezieniu chętnego do współpracy wydawnictwa.

Wszystko będzie dobrze, pocieszałam się w myślach, nie mogąc pojąć, jak ważącą tonę kupę rzeczy zmieścić do podróżnej torby. Nie więcej niż dwadzieścia kilogramów. Weź i zważ robocze buty, kurtki, jakieś koszule, skarpetki, jeszcze jedne spodnie robocze, w razie gdyby nie było gdzie prać, bo przecież w Irlandii nie pada tylko w irlandzkich pubach i knajpach.
Weź i wyrzuć z torby razowy chleb, szprotki, ser, czarny balsam ryski i buteleczkę sznapsa, słoiczki z mięsną konserwą, kawę, czarną herbatę, no przecież nie można wiedzieć, kiedy będzie pierwsza wypłata, by za nią kupić chleb powszedni. A z tęsknoty za prawdziwym łotewskim czarnym chlebem i boczkiem usychają wszyscy, co się znaleźli na obcej ziemi.
Boczek! Żeby była siła.
Chleb razowy! Bez niego zostawić ojczyzny Łotyszom po prostu nie wypada. Czy to na Zachód czy na Wschód, uciekając czy odjeżdżając wbrew woli, w bydlęcym wagonie. Stąd ten chlebek. Dla mnie, dla łotewskiej tożsamości.
Spakowałam torbę. Świta.
Weszłam do kuchni i poczułam, że mogę jeść, ile się zmieści. Niech to będzie kojące duszę danie z boczku, takie w guście męża mojej sąsiadki (ten to dopiero macho. Kiedy je, ona sama gdzieś w kącie potulnie, upokarzająco obserwuje jego mlaskanie).
Mięsno-tłuszczowy boczek pokroić w paski, podsmażyć na patelni, nakroić cebuli, smażyć, aż się przyrumieni, przyprószyć czarnym mielonym pieprzem, pod sam koniec smażenia dodać starty rosyjski ser. Gdy ten zacznie się rozpuszczać, zdjąć z ognia, polać obficie kwaśną śmietaną, dodać cienko posiekanej zieleniny (koperku + szczypiorku + pietruszki) i zakryć pokrywką. Podać macho.
Po uczcie postąpiłam zgodnie z rytuałem macho, który zawsze go stosował po przejedzeniu – czyli beknęłam, a pierdnięcie to już tak wyszło samo. No tak, ciężkie jedzenie, nie ma co.
Na lotnisko zawiozła mnie Elioczka. Nic z tych kinowych scen, gdzie odlatującą w dal żegna tłum krewnych albo zasmucony narzeczony. Ja nikogo nie mam. Dla równowagi, Elioczka podarowała mi książeczkę – zapiski jakiegoś indiańskiego szamana; masz, poczytasz sobie w długie zimowe wieczory po pracy, powiedziała.
Wszystko będzie dobrze, uspokajałam się w myślach, próbując nie zapomnieć, co muszę zrobić.
1. Zarejestrować bilet.
2. Zdać bagaż.
3. Ostatni raz wypić w Rydze kawę.
4, 5. i tak dalej, ale zapomniałam, co.
W kawiarence na lotnisku wypiłam kawkę (kawa + zamiast mleka likier „Charlotte” na odwagę), jednocześnie obserwując podróżnych.
Rosjanie. Młoda Rosjanka z wysoko zaczesaną fryzurą, ujętą tak ogromną klamrą do włosów, jakby to dziesięć palców po obu stronach głowy trzymało włosy niczym w szponach. Blondynka, jaskrawo farbowana. Oho! Same usta niczym wart wszystkiego rumiany grzech. W futrze, na wysokich obcasach, w uszach sztuczna biżuteria, ale może też złota, nie potrafię odróżnić tych świecidełek. Śmieje się i rozmawia z trzema chłopcami. Wszyscy w skórzanych kurtkach.
(…)
Łotysze. Spokojni. Powściągliwi i sztywni. Pochowani za walizkami jak w okopach. Łotysze potrafią je sobie stworzyć gdziekolwiek i z jakiegokolwiek materiału. Jak ja, na przykład. Piję kawusię i nikomu nie przychodzi do głowy podejść do mnie i zapytać, czy nie czuję się samotna.

Tuesday, August 3, 2010

Parliament election in Latvia - October 2010

This year's parliamentary election in Latvia seems to be underestimated by Latvians themselves who have adopted a true stoical attitude according to which "what happens - happens". No wonder they don't trust politicians anymore - Latvia is in a deep political crisis, and citizens put the blame mostly on - surprise surprise - the parliament deputies. However, whether we realize it or not, this election is going to be historical. It is quite possible that for the first time Latvia will be ruled by non-Latvians.
The current parliament (9. Saeima) has the lowest public support ever. The slogan "Atlaist Saeimu!" (Dismiss the parliament!) has virtually dominated the political discourse in Latvia over the last months. It is clear that the Saeima has nothing left to say and is only waiting for the next election. It was even criticized by the President Valdis Zatlers for the lack of a coherent policy, public trust and a clear vision of the political future of Latvia.
Latvians blame the deputies for the horrid situation in the country - and sometimes give vent to their emotions by throwing stones at the windows of the parliament. According to them, deputies are lazy, interested only in their own financial gains – even when the country faces a crisis – and have too close relations with suspiciously rich businessmen. There is a clear straight line between “average” Latvians and the caste of politicians and businessmen. Some even speak of the “party dictatorship” since parties exchange members no matter their political beliefs, so that a closed environment of ever the same politicians rules the country and allows for no fresh blood and no changes.
The source of dissatisfaction for Latvians is mainly unemployment (now 15.6%, 17.1% in February), low salaries and pensions, limited health and social care, extensive individual as well as national debt.
Parties are aware of the Latvians’ skepticism and focus on the goal of overcoming the 5-per cent threshold (necessary to get into the parliament) instead of trying to work out comprehensive programs. In order to do it, they form associations – together with parties which are sometimes very distant in the sense of political stance. This way they protect politicians who seem to have become “professional deputies” over the years.
When asked about the possible election results, Latvian name mostly two winners: Saskaņas centrs and Vienotība. The fight for power will take place between these two associations. It is possible that they will receive similar number of votes and the small parties will have even more to say.
Even if it gets only 18.20% votes in the surveys, the true winner will probably be ZZS (party of the “green” and farmers) – because it will be asked by the two big parties to form a coalition. In this situation ZZS may demand anything – possibly even the post of Prime Minister. This will be a hard bargain for Vienotība, because keeping Dombrovskis – the current Prime Minister – in his position is one of the objectives of its program. Moreover, Saskaņas centrs will be probably backed up by Par labu Latviju (PLL) with its 8%. As a result, Latvia may end up with a pro-minority parliament – as predicted at the beginning of this note.
Paradoxically, the hope for Vienotība lies with… radical pro-Russian and radical nationalistic associations – PCTVL and TB/LNNK/Visu Latvijai respectively. The more votes they get, the less seats will go to SC. On the other hand, it is hardly possible for them to enter any coalition, which would make the parliament rather “patchy”.


The following diagram shows the results of a survey that asked „Which party are you going to vote for?”, while only the answers of respondents determined not to change their mind were taken into account (click on the picture to enlarge it):

source - Data Serviss Latvija

Always when citizens are not satisfied with what is happening in their country they blame the ruling power for the situation. It makes it easy to predict that the opponent of this ruling power may win in the next election. This is exactly what is going on in Latvia. It is a small country with a complex of a young and tiny democracy. That is why it has always chosen parties with nationalistic, right-wing inclinations – parties that made use of the pride of a small nation. However, right now it is facing the worst political and economic crisis after regaining independence. The crisis may force Latvians to give up some of their pride for the sake of financial stability. Of course, no one says that the SC alone know the magical cure to all the problems of Latvia. But they have one advantage over some of their opponents – they can say: “hey, it’s not our fault, we were in opposition when all this was happening”. And this may be enough.
What will happen if SC wins?
Latvian parliament is divided into supporters of a more nationalistic Latvia and supporters of “integration” (which is not a homogeneous concept but rather a scale). Up till now the former were the majority, and basically did what they wanted without paying much attention to the latter. Supporters of integration (or pro-minority parties) were very active in submitting draft laws that could not be accepted by the ruling power, but blocked the work of the parliament because they had to be discussed in a responsible committee and handed in for the first reading in the Saeima. These draft laws addressed such issues as giving non-citizens unconditioned citizenship, making Russian the state language, introducing Russian holidays into the Latvian calendar etc. Now, if the roles are to be switched, right-wing parties will become the meddlesome minority submitting draft laws that no one will accept and thus the work of the parliament will continue to be defective.
SC may try to use the given time for improving the situation of ethnic minorities. They may do so at the cost of postponing necessary economic reforms – because they know that their power may last for a rather short time. (It is possible that Latvians will soon become impatient with lack of improvement and demand dismissing the parliament – which may be easier than it is now since giving the nation the possibility to dismiss the parliament is be one of the burning issues that 10. Saeima will have to deal with.) However, this scenario is not very probable since ZZS will block radical changes in the ethnic minority policy.
It’s more probable that SC will start with economic reforms. These will not win them public trust because the situation in Latvia is so bad that it’s impossible to improve it during one parliament tenure. SC will run short of support before ever starting to handle the ethnic minority issue.

Sunday, July 4, 2010

Why is Vilnius special?

Vilnius is special. There's no doubt about it. You may think it's just another European town, you may even think (if you're a pessimist) that Vilnius is damaged by its difficult history, depressive, grey and uninteresting. You may say - and it's probably the worst thing you can say about a city - that it's just a "one-day destination".
Believe me - you will change your mind. Vilnius IS special. It is small and it feels like home, and yet sometimes it gets so fancy and cosmopolitan. It is rough, but in a charming way. Its Old Town looks like a meringue! It's simply sweet. But, if you take time to get to the bottom of it, it reveals its spicy side.
In spite of having been a multi-national town for centuries, Vilnius seems peaceful, slow, a bit sleepy; it doesn't resemble a "melting pot" in the least. Maybe it's this very peacefulness that has drawn representatives of many different cultures to settle down here. They all somehow manage to coexist without conflict (of course there will always be trouble-makers in every town); Vilnius is hospitable indeed, letting anyone live their way without asking too many questions (this is what the "Republic of Užupis" is really about. By the way, note the interesting double meaning of this name: Už-upis means "behind the river", but už means also "for" - like I vote for freedom, love, peace).
The citizens of Vilnius are hard to be surprised and take everyone for granted: they are neither delighted nor horrified when you struggle to stammer out your ten Lithuanian words (which are probably all pronounced wrong anyway); well, it's only natural to speak Lithuanian in Vilnius, isn't it? Even if you're a two-metre tall, one-legged black cross-dresser...
After all, nothing matters more than being able to sit in the grass at the riverbank and read a book in the very centre of a state capital...

See a few of my photographs from Vilnius here



The old and new Vilnius


Saturday, July 3, 2010

Przykład bajki łotewskiej / Latviešu pasakas piemērs

Słońce, Mróz i Wiatr
tłumaczenie własne


Zdarzyło się to dawno, dawno temu. Słońce, Mróz i Wiatr szli razem jedną drogą, i idąc wszyscy troje między sobą rozmawiali. Słońce mówi: „Jestem silniejsze niż wy dwoje.” Mróz na to: „Nie! Ja jestem silniejszy.” Wszyscy zgodni byli co do tego, że silnemu dobrze się żyje na świecie: gdziekolwiek jest, wszędzie ma szacunek. Lecz jak to roztrzygnąć, który z nich silniejszy?
Idąc spotykają nagle pewnego człowieka. Ten, wędrowców zauważywszy, czapkę zdjął i się kłania. Chciał dalej iść swoją drogą, lecz daleko nie uszedł, gdy go wędrowcy z powrotem wezwali. Chcieli wiedzieć, przed którym z nich człowiek się ukłonił, bo chyba nie przed wszystkimi trzema naraz? Pytają więc: „Mówże, człowieku, prawdę, przed którym z nas się pokłoniłeś, bo chyba nie przed całą trójką!”
Człowiek myślał, myślał, nie wiedział jednak, co odpowiedzieć. Nie wiadomo, czy dobrze będzie, jeśli rzeknie, że wszystkim się pokłonił. Jeśli mówić, że tylko jednemu, to nie wiadomo, któremu. Słońce może mocno przypiec, Mróz mocno przymrozić, a Wiatr może wysuszyć ziemię. Więc komu przyznać ten honor? W końcu biedak pomyślał: „Czy nie będzie najlepiej, jeśli powiem, żem się Wiatrowi pokłonił? Niech Słońce będzie nawet najgorętsze, gdy Wiatr zacznie dmuchać, wkrótce pogoda staje się chłodniejsza. Gdy Mróz daje się we znaki, Wiatr może wiać z południa, żeby pogodę ocieplić.”
Tak postanowiwszy, człek mówi do wędrowców: „Pokłoniłem się Wiatrowi.” Słońcu się to nie spodobało i mówi: „Zapamiętasz to na całe życie, że Wiatrowi wyższość przyznałeś nade mną!” Lecz Wiatr uspokaja człowieka: „Nie bójże się ni Słońca, ni Mrozu! Gdy oni będą chcieli krzywdę ci wyrządzić, wspomnij mnie tylko!”
Lato przyszło, Słońce obmyśla zemstę na człowieka: wysyła swe promienie, ze wszystkich sił je nagrzewając. Człowiekowi zrobiło się tak gorąco, że już nie wiedział, gdzie się schować: ni na dworze, ni w izbie ukojenia. Trzeba iść w wodzie się chronić, ale jak długo w wodzie można siedzieć? Nagle biedakowi Wiatr się przypomniał, i mówi: „Gdyby Wietrzyk zaczął dmuchać, nie byłoby tak gorąco!” I już po chwili zaczął wiać Wiatr od północy, i od razu zrobiło się chłodniej. Człowiek mógł powrócić do przerwanego zajęcia, a Słońce musiało przyznać, że Wiatr jednak silniejszy.
W zimie z kolei Mróz chciał się na człowieku zemścić, i przysłał takie zimno, że nawet siedząc w izbie kożuch na grzbiet trzeba było narzucić. Człowiek znów więc wspomniał o Wietrze i powiedział: „Gdyby Wietrzyk zaczął dmuchać, chmury by się poruszyły i byłoby cieplej.” I już po chwili zaczął wiać Wiatr od południa, i od razu zrobiło się cieplej. Człowiek mógł wyjść z izby i pojechać do lasu po opał, a Mróz musiał przyznać, że Wiatr rzeczywiście od niego silniejszy i nie ma się co o to spierać. Człowiek mógł spokojnie jeździć do lasu i wykonywać swoją pracę.
Spotkawszy się pewnego razu ze Słońcem, Wiatr mu powiedział: „Silniejszy jest ten, co się nie chwali swoją siłą. Tylko czyn dowodzi, kto mocniejszy.”

wersja łotewska dostępna pod adresem:
pasaka latviešu valodā:
http://valoda.ailab.lv/folklora/pasakas/gr13/13E0102.htm

Kā faņot par hoķi vienatnē / Jak kibicować...

Kā fanot par „hoķi” vienatnē (Dzintars Melnis) 
Nopirkt alu, čipsus un cigaretes; steigties mājup; izmest kaķi no klubkrēsla; ieslēgt televizoru; pabļaut „Sarauj”, pabļaut „Latvija – uzvara!”; iedzert alu; ielikt kaķi klēpī; iepazīstināt kaķi ar spēlētāju sastāvu; ieēst čipsus; iebļauties „Nē!”; izmest kaķi no klēpja; pamurmināt „Labi, ka tā, labi, ka tā”; atņemt kaķim cigaretes; uzsmēķēt; iebļauties „Nē!”; nosūtīt lāstus tiesnesim un pretinieku komandai; sasniegt ātrumrekordu labierīcību apmeklēšanā ar cigareti zobos un alus pudeli rokā; mežonīgi iebļauties: „Jā, ir!”; izvilkt kaķi no čipsiem; nobučot kaķi; izvilkt spalvas no mutes; iedzert alu; noelsties: „Tfu!”; piesteigties pie telefona; uzzvanīt draugam; parunāt „Tu redzēji, tu redzēji!”; nocelt kaķi no telefona; pārzvanīt draugam;iebļauties „Jau sākās!”; ielēkt klubkrēslā;izņemt kaķi no dibenapakšas; pabļaut „Sarauj!”, pabļaut „Latvija – uzvara!”; iecelt kaķi klēpī; iepazīstināt kaķi ar spēļu kalendāru; sadzirdēt durvju zvanu; izmest kaķi no klēpja; atvērt durvis; apkampt kaimiņu; apsveikt kaimiņu ar iesistajiem vārtiem; nolamāt kaimiņu par viņa iebildumiem pret troksni; aizcirst durvis; atvērt durvis; iecelt kaķi dzīvoklī; pievērsties hokejam; sadzirdēt durvju zvanu; ielaist dzīvoklī policistu; pateikt viņam rezultātu; piedāvāt alu; kopā pabļaut „Heijā, heijā, Latvija!”; izmest kaimiņu no dzīvokļa; izdzert ar policistu daudz alus; nosūtīt daudzveidīgus lāstus spēlētājiem, tiesnešiem, kaimiņiem, kaķiem, viņu mātēm; pavadīt Janku mājās; nopirkt šņabi; izdzert; no rīta visu aizmirst. 

Jak w samotności kibicować drużynie hokejowej (tłumaczenie) 
Zakupić piwo, chipsy i papierosy; przyjść do domu; ściągnąć kota z fotela; włączyć telewizor; wrzasnąć: „Strzelaj!”; wrzasnąć: „Łotwa do boju!”; napić się piwa; wziąć kota na kolana; zapoznać kota ze składem drużyny; podjeść chipsy; wrzasnąć: „Nie!”; zdjąć kota z kolan; wymamrotać: „Dobrze jest, dobrze...”; odebrać kotu papierosy; zapalić; wykrzyknąć: „Nie!”; obrzucić przekleństwami sędziego i przeciwną drużynę; osiągnąć rekord prędkości w poszukiwaniu drugiej paczki papierosów i drugiej butelki piwa z papierosem w zębach i butelką piwa w ręce; dziko wrzasnąć: „Tak jest!”; wyciągnąć kota z torebki z chipsami; pocałować kota; wyciągnąć sierść z ust; napić się piwa; powiedzieć: „Tfu!”; poczłapać do telefonu; zadzwonić do kumpla; wykrzykiwać: „Widziałeś, widziałeś!”; podnieść kota z telefonu; przedzwonić do kumpla; wrzasnąć: „Już się zaczęło!”; usiąść w fotelu; wyciągnąć kota spod siebie; wykrzyknąć: „Strzelaj!” oraz „Łotwa do boju!”; wziąć kota na kolana; zapoznać kota z kalendarzem rozgrywek; usłyszeć dzwonek do drzwi; zdjąć kota z kolan; otworzyć drzwi; uściskać sąsiada; złożyć mu życzenia z okazji zdobytych bramek; zwymyślać sąsiada z powodu jego sprzeciwu wobec hałasu; zatrzasnąć drzwi; otworzyć drzwi; wpuścić kota do środka; wrócić przed telewizor; usłyszeć dzwonek do drzwi; wpuścić policjanta do mieszkania; powiedzieć jaki jest wynik; zaproponować piwo; razem wrzasnąć: „Dalej, Łotwa, dalej!”; wyrzucić sąsiada z mieszkania; wypić z policjantem dużo piwa; jednocześnie obrzucać przekleństwami graczy, sędziów, sąsiadów, koty, ich matki; odprowadzić Janka do domu; kupić wódkę; wypić; rano wszystko zapomnieć.

Friday, July 2, 2010

Łotwa - kraj dwóch społeczności?

2007-09-03
Poniżej fragmenty artykułu antropologa Klāva Sedlenieka „Ceļā uz divkopienu sabiedrību Latvijā”, zamieszczonego na portalu o polityce społecznej na Łotwie politika.lv. Przetłumaczyłam również wybrane komentarze do tego artykułu.

Mówiąc o społeczeństwie dwóch wspólnot i o warunkach, które mogą doprowadzić do jego wytworzenia, należy wziąć pod uwagę, że utworzenie społeczeństwa jednolitego politycznie wcale nie gwarantuje powstania jedności etnicznej i językowej. Szczególnie, jeśli równość polityczna może przyspieszyć dalszy proces językowego i etnicznego wyobcowania, należy kwestię tej politycznej równości rozważać z wyjątkową ostrożnością. (…)
Utworzenie społeczeństwa jednej wspólnoty nie zawsze oznacza, że całe społeczeństwo jest całkowicie jednolite, że wszyscy mają ten sam język ojczysty. Podstawę integracji mogą tworzyć również inne wartości. Mimo to niezbędne jest, aby między różnymi grupami miała miejsce wystarczająco intensywna wymiana informacji. W przeciwnym wypadku poszczególne wspólnoty mogą się wyobcować, a w efekcie negatywne poglądy o innych wspólnotach nieodwracalnie się pogłębią. Etnocentryzm, inaczej pogląd, że „nasz” styl życia jest lepszy i bardziej poprawny niż „ich”, jest zjawiskiem charakterystycznym dla wszystkich grup. Wywodzi się ono z prostego założenia, że „my” żyjemy tak, jak żyjemy, gdyż robili tak i robią wszyscy nam znani i bliscy ludzie. Jeżeli więc „oni” różnią się od nas, to „oni” się gdzieś mylą. Jeśli nie istnieją wystarczająco dobre kontakty i wymiana informacji między „nimi” a „nami”, rozumowanie, że „oni” nie są ani lepsi, ani gorsi, lecz po prostu inni, nie może się rozwinąć. (…) Język jest jednym z głównych środków, które zapewniają przepływ informacji.
Obecnie pozycje języka łotewskiego w przestrzeni społecznej się umacniają, lecz nie można ich jeszcze opisać jako dominujących. Ludzie, którzy dotąd nie władali językiem łotewskim, mają różne motywacje, aby tę umiejętność posiąść. Ważne jest, aby określić, które motywacje są w tym procesie najistotniejsze. Chciałbym wierzyć, że pragnienie uczestniczenia w procesie politycznym – uzyskania obywatelstwa i możliwości bycia wybranym [w wyborach] – nie należy do głównych przyczyn uczenia się łotewskiego. Jeśli jednak należy, to zmiany prawa, które te motywacje by zmniejszyły, mogą doprawdy doprowadzić do wytworzenia się społeczeństwa dwóch odrębnych grup.
Droga ku społeczeństwu dwóch wspólnot prowadziłaby wtedy przez stopniowe ograniczanie możliwości kontaktu między łotewsko- i rosyjskojęzycznymi częściami społeczeństwa. Już teraz można zaobserwować, że zmniejsza się liczba Łotyszy, którzy władają językiem rosyjskim. W wielu przypadkach język rosyjski nie jest już Łotyszom potrzebny w codziennym życiu. Jeśli Rosjanie nie będą mieć wystarczającej motywacji do poznania języka łotewskiego, i liczba mówiących po łotewsku znów zacznie się zmniejszać, powiększy się liczba tych mieszkańców [Łotwy], którzy w ogóle nie będą mogli się między sobą porozumieć. W związku z tym przepaść między łotewsko- i rosyjskojęzycznymi grupami społecznymi może się powiększyć. (…)
Dotąd polityka umacniania pozycji języka łotewskiego była oparta na różnych przymusowych działaniach. Tego typu podejście, oczywiście, nie jest najbardziej pomyślne. Jednak, jeśli mówimy o znoszeniu ograniczeń, należałoby dokonać wystarczających starań, aby przełamać spowodowane przymusem obniżenie motywacji i dać podstawy dla pozytywnego pragnienia nauczenia się języka łotewskiego. (…)
 

Komentarze:
Społeczeństwo dwóch wspólnot to my już mamy. Nie trzeba go ani tworzyć, ani się przed nim bronić. Jest rosyjska połowa – i łotewska połowa. Nie zdarzyło mi się słyszeć, żeby na ulicy brzmiał język białoruskich, ukraińskich czy polskich mniejszości.
Rosjanie, którzy w większości tu przyjechali po drugiej wojnie światowej, dalej mówią po rosyjsku w niepodległej Łotwie. I kto może im nakazać to porzucić? Ludzie mówią w swoim ojczystym języku. Oglądają swoją telewizję, czytają swoje gazety, obchodzą swoje święta.
Mnie, w Rydze mieszkającemu Łotyszowi, częściej zdarza się słyszeć i widzieć Rosjan niż Łotyszy. Nie będę ukrywał, że czuję się nieprzyjemnie w takiej sytuacji. Więcej, zaczyna mnie już mdlić, gdy co rano w busie muszę słuchać rosyjskiego radia, które informuje o imieninach Denisa, dodając, że według miejscowej tradycji można obchodzić też imieniny Gunty.
Po angielsku jest dobre powiedzenie „I am sick and tired of this”. Dokładnie charakteryzuje ono moje odczucia. Mam dość tego, że we własnym mieście i kraju nie mogę rozmawiać i usłyszeć swojego ojczystego języka łotewskiego. Istnieje takie niepisane prawo: jeśli rozmawia Rosjanin z Łotyszem, rozmowa potoczy się po rosyjsku. Tak było w czasach radzieckich, tak jest i teraz. Premier jedzie do Daugavpils [Dźwińska, miasta na południu Łotwy w większości zamieszkanego przez Rosjan] i przeprowadza rozmowy po rosyjsku. (…) /karlis 


Czy dwa oficjalne języki państwowe nie mogłyby poprawić komunikacji między obiema grupami? Wszystko będzie napisane w obu językach. Jeśli jedna grupa zechce się wypowiedzieć, obu grupom ta wypowiedź będzie dostępna w zrozumiałym dla nich języku. Popieram potrzebę wymiany informacji, lecz czy istnienie dwóch społeczności na Łotwie nie jest związane też z walką o władzę? (…) /gerson


Jeśli na Łotwie będą dwa języki, to nie widzę w ogóle potrzeby istnienia języka Łotewskiego, gdyż język rosyjski zna większość Łotyszy, co nie działa w drugą stronę. Oczywiście, my również uważamy, że język to nie tylko środek komunikacji, to część bogactwa duchowego każdego narodu. Lecz rzeczywistość dowodzi, że w dzisiejszych czasach człowiek jest materialistą – materialne osiągnięcia są ważniejsze od wartości abstrakcyjnych. Znając obecny skład etniczny Łotwy, znając rozpiętość języka Łotewskiego w największych miastach, zdając sobie sprawę z międzynarodowych tendencji anglicystycznych, nietrudno prognozować, co stanie się z językiem Łotewskim, jeśli nie będzie ona dalej praktycznie niezbędna każdemu obywatelowi Łotwy. (…) /”Visu Latvijai!” 


Komentarzy Rosjan łotewskich nie mogę tu przytoczyć, gdyż są napisane po rosyjsku, a z tego języka, choć jako tako nim mówię, tłumaczyć jednak nie potrafię… 

Thursday, July 1, 2010

Pārdaugava

Kwiecień 2007
Uzbrojona w aparat fotograficzny, paczkę ciastek i niestrudzone towarzystwo Sandry rozpoczęłam eksplorację najdzikszych zakątków Rygi. Takich, w których nie bywają turyści, o których nie piszą przewodniki. Skupiłyśmy się przede wszystkim na rejonie Pārdaugava („Za-Dźwina”), który ze względu na romantyczne brukowane uliczki i drewniane domki figuruje na liście dziedzictwa kulturowego UNESCO.
Pārdaugava ma swój własny klimat, swoją własną, unikalną twarz, która znacznie różni się od tego, co znajdujemy w centrum i większości innych dzielnic Rygi. Jest zaściankowa, prowincjonalna, romantyczna. Panuje tu atmosfera jakiegoś niewymuszonego spokoju, życie toczy się powoli, ludzie mają czas, by stanąć na ulicy i przyjrzeć się jakiemuś interesującemu elementowi dekoracyjnemu na ścianie któregoś domku z drewna. Same domki otoczone są ogródkami, w ogródkach suszą się prześcieradła, miejsce na ławkach przy drzwiach dzielą ze sobą koty i doniczki z kwiatami. Dużo przestrzeni, mało ludzi – Pārdaugava ma naturę wsi. Paradoksalnie, bo to oficjalnie najdroższa i chyba najintensywniej rozbudowywana dzielnica Rygi.




Zeļļu iela. Przy malutkiej uliczce Zeļļu znajduje się chyba tylko sześć domów. Z jednej strony zamyka ją Āgenskalna tirgus, z drugiej – brama Wydziału Matematyki i Fizyki. (Wydział posiada kilka budynków, od pałacyku położonego w samym środku ogrodzonego parku po nasz brzydki, czteropiętrowy akademik, ukryty za wysokimi drzewami gdzieś na szarym końcu parku.)
Brukowana ulica Zeļļu to jedno z najpiękniejszych miejsc w całej Rydze. Gdyby nie zaparkowane wzdłuż chodnika samochody, można by odnieść wrażenie przeniesienia się w czasie. Pierwszy dom za bramą Wydziału jest bladoniebieski i posiada małą, okrągłą wieżyczkę, zakończoną skośnym dachem. Między drzewami po drugiej stronie ulicy – chatka jak z bajki, mała niczym domek letniskowy, zielona, z najprawdziwszymi okiennicami. Wszystkie budynki przy Zeļļu są z drewna, ale każdy ma inny kolor.



Nometņu iela. Kiedy spacerujemy ulicą Nometņu, Sandra pokazuje mi domy, w których kiedyś mieszkała. Przeprowadzała się wielokrotnie, ale zawsze w obrębie Āgenskalns. Tu spędziła dwa miesiące, tam – kilka lat. W tym mieszkaniu wybił okno zazdrosny chłopak jej córki. Ona sama była wtedy związana z dziesięć lat młodszym od siebie śpiewakiem chórowym, który uwielbiał spacerować wieczorami po okolicy. Wraz z nim odkryła wiele prześlicznych miejsc, które teraz pokazuje mi.
Nometņu iela przypomina trochę gęsto zabudowaną polską wieś góralską. To wrażenie sprawiają duże drewniane domy o bardzo różnorodnej formie – z wieżyczkami, balkonami, okiennicami, schodami, gankami i werandami. Każdy dom otoczony jest drzewami, rzadko który – płotem. Niektóre mają własne nazwy, wypisane na słupkach, drzwiach lub skrzynkach pocztowych.
Czuję się tu dość nieswojo, bo brakuje mi typowo polskiego, wszędobylskiego psiego szczekania. Łotysze zdecydowanie wolą koty. Fotografuję je na ławkach i parapetach.



Arkādija. Park, w którym pewnego lutowego popołudnia karmiłam z Ż. kaczki, jest zupełnie inny wiosną. Poznaję go od nowa – mam w głowie jakieś mętne jego wspomnienie, czuję się jednak trochę tak, jakbym rozglądała się po miejscu, które przedtem widywałam tylko nocą. Mostek, z którego wtedy obserwowałam przepływającego kanałem bobra, okazuje się być jednym z wielu. Wiele jest też kaczek i wielu ludzi.
Park jest zaniedbany, a mimo to urokliwy. Jego główną atrakcję stanowi doszczętnie spalony zeszłej zimy zabytek klasy zerowej – drewniany pawilon w stylu skandynawskim. Chcą go odrestaurować, zorganizować tam kino letnie, kawiarnię, centrum kultury czy cokolwiek. Problem stanowią pieniądze oraz nierozwiązana dotąd kwestia własności – budynku i całego parku. Māras diķis. Obszar wokół stawu to jeden wielki plac budowy. Powstają tu ogromne bloki mieszkalne, bo każdy chce mieszkać na Āgenskalns i mieć okno z widokiem na wodę. Porozrzucane bez planu drewniane domki kulą się w cieniu pnących się stale w górę hipernowoczesnych apartamentowców. Wszystkie mieszkania, jakie zostaną oddane do użytku na Āgenskalns w ciągu najbliższych dwóch lat, są już wyprzedane. 

 

Ķīpsala. Gwóźdź programu – wyspa w centrum miasta. Dosłownie i w przenośni. Wyspa na Dźwinie, przecięta wpół mostem Vanšu tilts, ale też wyspa finansowej i intelektualnej wyjątkowości. 
 

Kolejne miejsce ze swoją własną atmosferą, specyficzną architekturą. Drewniane domy przypominają te z ulicy Nometņu, z tą niewielką różnicą, że są o wiele lepiej utrzymane: rzuca się w oczy niezbywalny fakt, że ktoś na to wydał niezłe pieniądze. Praktycznie wszystkie mają prywatnych właścicieli, którymi nieprzypadkowo są ludzie z pierwszych stron gazet. Mieszkają sobie oni nad rzeką, w domkach jak z bajki, do których zapraszają gości na dyskusje o polityce i literaturze. Zwykli śmiertelnicy zwiedzają tę dzielnicę niczym skansen.
Domy są duże, piętrowe, czyste, pomalowane na wyraziste kolory: czerwony, zielony, niebieski. Mają śnieżnobiałe dwuskrzydłowe drzwi z kołatkami i okiennice. Stoją tuż przy ulicy, nie widać nigdzie płotów ani ogródków, nie ma też wszędobylskich kotów. Wszystko to przypomina nieco zabudowę Skandynawii. Takie domki widuje się na okładkach folderów biur podróży, specjalizujących się w wycieczkach do Szwecji i Danii. 



Czy tam na pewno ktoś mieszka? Sandra zagląda przez okna. Nie widać ludzi ani na zewnątrz, ani wewnątrz. Również super ekskluzywna restauracja, która posiada dryfujący na Dźwinie „ogródek”, świeci pustkami.
To tutaj znajduje się perełka nowoczesnej łotewskiej architektury – przemieniona w ekskluzywne osiedle mieszkaniowe radziecka fabryka cegieł.
Wracamy na Āgenskalns osiedlem domków szeregowych. Są one postawione tak, że ich frontowe okna łapią zachodzące słońce i odbijają je różem.

Wednesday, June 30, 2010

Ryskie wyzwania lingwistyczne

28. sierpnia 2006, godzina ósma rano, dworzec międzynarodowy w Rydze. Wysiadam z autobusu, który w ciągu jednej nocy przewiózł mnie przez dwie granice i jedną strefę czasową. Podróż nie należała do udanych, po pierwsze dlatego, że pojazd był przepełniony, po drugie z powodu dwójki pijanych rodaków, którzy bardzo chcieli się popisać przed międzynarodowym forum zróżnicowaniem i sugestywnością wulgaryzmów języka polskiego. Współtowarzysze podróży – Litwini, Łotysze, Estończycy, Finowie – nauczyli się tej nocy przynajmniej dwóch rzeczy o Polakach. Pozytywnych czy negatywnych, nietrudno się domyśleć.
Wysiadam więc z autobusu i doświadczam przedziwnego uczucia jednoczesnego uradowania i zdenerwowania. Uradowania, bo oto zaczyna się moja wielka przygoda – półroczne stypendium w jednym z najpiękniejszych i najbardziej niezwykłych miast Europy. Zdenerwowania, bo mój plecak, który pomocny kierowca autobusu nie bez wysiłku zarzuca mi na plecy, jest prawdopodobnie cięższy ode mnie, co oznacza, iż mam jakieś pięć minut na złapanie taksówki, zanim z hukiem pęknie mi kręgosłup.
Złapanie taksówki okazuje się wyzwaniem lingwistycznym. W jakimże bowiem języku zwrócić się do jej kierowcy?
Jest to nie lada łamigłówka, która może być niezłym wprowadzeniem do łotewskiego problemu językowego. Jeśli zwrócę się do kierowcy po łotewsku, a on okaże się Rosjaninem, prawdopodobnie mnie nie zrozumie i nie wiadomo gdzie wywiezie. Jeśli przemówię po rosyjsku, a on będzie Łotyszem, może się nieco zdenerwować. Podaję więc adres po angielsku z pełną świadomością, że robię zły interes. Ryscy taksówkarze bowiem nie mają ustalonych stawek, i dla obcokrajowców (zwłaszcza tych z Zachodu) obowiązuje niepisana zasada taryfy podwójnej.
Oczywiście, ryska rzeczywistość nie wygląda wcale tak, że łotewski taksówkarz nie zna języka rosyjskiego, taksówkarz rosyjski – łotewskiego, i że obaj na dodatek serdecznie nienawidzą się nawzajem. Raczej jest tak, że obaj mówią w obu językach, i jest im to w zasadzie najzupełniej obojętne, w którym z nich rozmawiają z klientem – byleby płacił on w łatach. A jednak może się zdarzyć – jest to możliwe, a nawet całkiem prawdopodobne – że trafi się akurat na ekstremistę z jednego czy drugiego obozu.
Ksenofobia jest zjawiskiem znanym nam dobrze z polskiego doświadczenia, i bez względu na nasz do niej stosunek potrafimy uznać jej występowanie za stan faktyczny, wywołany różnymi czynnikami i w różny sposób się objawiający. Nie oznacza to jednak, że potrafimy zrozumieć ksenofobię na Łotwie, zilustrowaną moim przykładem z taksówkarzami. Łotewska odmiana bowiem to twór niezwykły, przedziwny i zniekształcony. Zdarzają się tam Rosjanie, którzy urodzili się nad Dźwiną, za swą ojczyznę uważając Rosję, i traktując działania na szkodę Łotwy jako patriotyczne. Są też tacy, którzy całe życie na Łotwie mieszkając, nie uznają w ogóle jej istnienia jako państwa suwerennego, twierdząc, że mieszkają w Rosji i że jest to ich ojczyzna. Są Łotysze, którzy żyją we własnym świecie – świecie, w którym nie istnieją Rosjanie czy inne mniejszości. Zachowują się mniej więcej w ten sam sposób, co nasi pseudo-patrioci, z tą niewielką różnicą, że ich naród stanowi jakieś 50% mieszkańców kraju… Nietrudno zapewne polskiemu ksenofobowi ignorować afrykańskiego lekarza w miejscowej przychodni czy japońskiego matematyka na uniwersytecie, jednak takie zachowanie w państwie, w którym co drugi mieszkaniec jest innej narodowości, wymaga chyba jednak pewnej zręczności.
Pomiędzy tymi dwoma skrajnościami – rosyjskimi i łotewskimi ksenofobiami – znajduje się całe spektrum najróżniejszych postaw i światopoglądów. Łotewska mikroplaneta jest bipolarna, a na „równiku” zbiegają się rosyjskie i łotewskie interesy. Rosjanie (czy też mieszkańcy rosyjskojęzyczni) stanowią mniejszość narodową w stosunku do „autochtonów” łotewskich. Język łotewski jest jedynym oficjalnym językiem Republiki Łotewskiej. W praktyce jednak zna go na poziomie przynajmniej komunikacyjnym mniej osób, niż język rosyjski. W państwie zwanym Łotwą do codzienności należą sytuacje, gdy nie można się dogadać po łotewsku na przykład w sklepie.
Podczas pobytu na stypendium miałam niejednokrotnie okazję, by się o tym przekonać.
Przykład pierwszy: mieszkam w dzielnicy „rosyjskiej”, de facto zwanej Moskiewskim Przedmieściem. Niedaleko akademika znajduje się sklep, nad drzwiami napis Pārtika (łot. Żywność). Panie za ladą albo cierpią (wszystkie cztery) na zaraźliwą i wyjątkowo złośliwą głuchotę, albo naprawdę nie wiedzą, że piens to po łotewsku mleko, a maize – chleb. Jedna z nich, widząc moje zakłopotanie spowodowanie umknięciem z pamięci rosyjskich odpowiedników tych wyrazów, proponuje usłużnie: „English?”
Przykład drugi: rzecz dzieje się w lokalu, który można uznać za odpowiednik naszych barów mlecznych. Za kilkadziesiąt santimów (doprawdy niewielka suma) można tu na stojąco spożyć naleśnika, sałatkę z krabów lub kurczaka w galarecie. Często wpadam tu po zajęciach po dwie-trzy bułeczki nadziewane kapustą i grzybami, z chrupiącą, posypaną kminkiem skórką. Wiem, kiedy przyjść, aby dostać ciepłe. Oczywiście, wie o tym też wielu innych klientów; przeważnie trzeba odczekać swoje w kolejce. Wystawione za szybą dania są opisane po łotewsku. Większość zamówień dokonywanych jest jednak po rosyjsku. Klienci, zniecierpliwieni czekaniem, pukają w szyby, ekspedientka (która chyba jest Łotyszką) wylicza smaki wszystkich bułeczek po kolei, lub chwyta któreś na chybił trafił. Sytuacja powtarza się bez końca, nie rozumiem więc, czemu karteczki z opisami produktów nie mogą być po prostu napisane po rosyjsku. Ale to widocznie taka łotewska cudaczność.
Moje zamówienie, złożone po łotewsku, sprzedawczyni przyjmuje z wyraźną ulgą. Wymieniamy grzeczności, uśmiechamy się do siebie. Kobieta podlicza należność na głos, nie zapominając dodać santima (ok. 5 groszy) za torebkę, w którą pakuje moje bułeczki.
Ekspedientka zawsze podaje ceny po łotewsku. Dziwnie brzmi ta mieszanina rosyjskiego i łotewskiego: „Septiņdesmit pieci, пожалуйста”.
Po wyjściu z baru, idę na przystanek trolejbusowy. W drodze rozkoszuję się bułeczkami, których ciepło dodaje mi otuchy. Znów bowiem muszę się zmierzyć z wyzwaniem lingwistycznym. Na przystanku – reklama rosyjskojęzycznego kanału telewizyjnego.
Zdjęcie roześmianej rodziny – babcia, dziadek, rodzice, dzieci, nawet kot czy pies. Duży napis: „Говорим по-русски”.
„Rosyjski to nasz język, język naszej ojczyzny. To język Puszkina i Putina. Chcemy, aby rozbrzmiewał w naszych domach” – oznajmia podpis pod zdjęciem. Oczywiście po rosyjsku.

Kącik kulturowego szokowania (Ryga)

Szok kulturowy nr 1
Prysznice… 
Kiedy idę ulicą i ze wszystkich stron mijają mnie niezliczone idealne Łotyszki o nienagannych fryzurach i makijażach, fantastycznych figurach i w ciuchach prosto z żurnala, zadaję sobie pytanie, czy one myją się pod tym samym prysznicem. Oczywiście że tak, przecież większość tych mijanych na ulicach Rygi ślicznotek to studentki, a większość studentek mieszka w akademikach. Akademiki z kolei są wszystkie takie same, i wszystkie prysznice we wszystkich akademikach wyglądają podobnie. 
Łotyszki to przedziwne stworzenia. Wchodzi taka do łazienki w koszulce w kwiatki i białej spódniczce (to jej strój domowy) – czysta, śliczna, krucha. Następnie się rozbiera, zdejmuje kapcie, i… bosymi stopami wstępuje do tego królestwa brudu, pleśni, grzybów i zużytych tamponów zwisających z kranów. Jak to możliwe, że ona, taka doskonała, taka bez skazy, znika za zasłoną i tam zmienia się w bezwstydnego potwora: złośliwie wtyka wkładki i patyczki do uszu za rury doprowadzające wodę, ścianki kabiny prysznicowej oblepia wstrętnymi włosami, drogę powrotną w kierunku kołka z ręcznikiem znaczy jasnymi kropelkami krwi? Czy to jakiś pogański rytuał oczyszczania, po którym może wyjść na korytarz jeszcze bardziej czysta, śliczna, krucha? Czy ów rytuał polega na tym, żeby pozbyć się swoich brudów publicznie, zostawić je po sobie niczym ofiarę dla jakiegoś maszkaradnego bożka? Jak można się w ogóle w takim miejscu umyć? Domyć? To, co brudne, zmyć? 
Woda w Rydze jest okropnie twarda i śmierdzi. Stojąc pod prysznicem, krztuszę się parą i ciężkim od pleśni powietrzem. Lecz gdy wychodzę z łazienki na chłodny korytarz i obleśny rytuał jest już za mną, mimo wszystko czuję się czystsza, choć nadal niczego nie rozumiem. 

Szok kulturowy nr 2 
Pirts, czyli łotewska sauna. 
Pirts to jeden z nieodłącznych elementów łotewskości, elementów, które określają i realizują łotewską tożsamość, to rzecz oczywista i naturalna jak Pomnik Wolności, święto pieśni czy czarny balsam. Od niepamiętnych czasów Łotysze budowali sauny i robili w nich najróżniejsze rzeczy: organizowali wesela, upijali się, zwoływali narady, rodzili dzieci – a pewnie też i płodzili. W każdej wsi musiała być przynajmniej jedna gospoda i jedna sauna – ale jeśli były dwie sauny i żadnej gospody, to nikt się tym specjalnie nie przejmował. Teraz połowa Łotyszy mieszka w Rydze, więc prawdziwa wiejska sauna to coś, za czym tęsknią, to powód, by na weekend wracać do rodziców. W saunie siedzi się nago, kobiety osobno i mężczyźni osobno, na kamienie wylewa się piwo, a potem wskakuje się do najbliższego jeziora, bo przeważnie w pobliżu sauny jest jakieś jezioro. Jeśli nie ma, pozostaje zimny prysznic.
Łotyszom, którzy nie mają krewnych na wsi, pozostaje pirts w mieście. W Rydze jest ich mnóstwo. Można je wynająć na urodziny, imprezę z okazji ukończenia studiów, spotkanie w interesach. W saunie organizuje się również weselny „dzień po” w ramach kuracji odtrzeźwiającej.
I to mogę jeszcze zaakceptować. Mogę zrozumieć atrakcyjność towarzyskiego spotkania w saunie, na którym wszyscy zjawiają się w dresach, rozbierają się do strojów kąpielowych i piją drinki z parasolkami, solidarnie i komitywnie się pocąc. Ale jak pojąć istotę i sens sauny podczas balu, nawet jeśli to „nic poważnego”?
Dziewczyna idzie na bal. Ma misterną fryzurę (dwie godziny układania), staranny makijaż (godzina nakładania), świetną sukienkę, idealnie dobraną bieliznę, drogie buty (pół godziny zakładania). Idzie więc, śliczna, zadbana, kobieca. A w ręce ma... nie, nie torebkę – olbrzymią torbę sportową! Ugina się pod jej ciężarem! Potyka się na swoich wysokich obcasach! W torbie niesie: ręcznik, klapki, strój kąpielowy, bieliznę na zmianę, kosmetyki (w tym półlitrowy balsam do ciała do skóry suchej i mleczko do demakijażu), suszarkę, wodę mineralną. W trakcie balu idzie do obrzydliwej szatni, gdzie powietrze jest śliskie i ciężkie, wiesza na zardzewiałym, oślizgłym kołku swoją super kreakcję, wskakuje w strój kąpielowy... cóż za wspaniała zabawa, sauna!


Szok kulturowy nr 3 

Łotysz marnotrawny 
Typowy łotewski student, który mieszka w akademiku i użytkuje jego wyposażenie, każdego dnia trwoni, przetraca, marnuje straszliwe ilości wody, ciepła i prądu, nie segreguje śmieci i hoduje karaluchy. Typowy łotewski student myje zęby dziesięć minut, bo o nie dba. Super. Szkoda tylko, że woda leje się minut dwanaście. Typowy łotewski student myje naczynia w sposób następujący: wstawia je do zlewu, odkręca wodę i wychodzi na papierosa, niezmiennie się łudząc, że naczynia umyją się same. Woda leje się, dopóki student nie wróci lub dopóki ktoś inny jej nie zakręci. Typowa łotewska studentka (na temat przedstawicieli płci męskiej brak danych) jest istotą kruchą i eteryczną, dlatego nie ma siły zakręcić do końca kurka, gdy wychodzi spod prysznica. Kiedy idę się myć, zawsze najpierw zakręcam wszystkie kurki, z których mniej lub bardziej intensywnie kapie woda. Nie wiem, skąd krucha i eteryczna łotewska studentka bierze siłę, żeby kurek odkręcić. (Być może tak ją ta czynność męczy, że na jego zakręcenie siły już nie starcza.)
W stosunku do śmieci na Łotwie obowiązuje podejście dość nonszalanckie. W telewizji do znudzenia powtarzają, żeby zgniatać plastikowe butelki przed ich wyrzuceniem, gdyż znacznie zmniejsza to ich objętość, lecz na pomysł szklanych butelek zwrotnych nikt tu jeszcze nie wpadł. Podobno gdzieś istnieją jakieś punkty skupowe, ale gdzie – nikt tego nie wie. W sąsiedniej Estonii zwrotowi podlegają nawet puszki i plastikowe butelki po coli.
Segregacja to jakieś dziwne, obce słowo, które się jeszcze w języku łotewskim nie zadomowiło. Być może dlatego, że Łotysze mają inny pomysł na racjonalne zarządzanie śmieciami. Zostawiają je w rowach i na nieużytkowanych łąkach. Każdej wiosny te odpady i tak zostaną spalone wraz z zeszłoroczną trawą. Całkiem praktyczne.
Łotysze mówią o sobie, że są narodem głęboko i emocjonalnie związanym z przyrodą. Od niedawna żyją w miastach, kiedyś ich życie przebiegało głównie na wsi. Na pewno dlatego Łotysze uwielbiają wszelkiej maści zwierzęta i chętnie udzielają im gościny. Karaluchy, prusaki i pchły to ulubieńcy akademików. Nikt się nimi nie brzydzi, nikt się ich nie boi, nikt z nimi nie walczy. Wszyscy z czułością – taką samą, z jaką opowiada się o ślicznym, małym, grzecznym kotku, który jeden, jedyny raz ze strachu zsiusiał się na fotel – wspominają przypadki nocnego wtargnięcia prusaka do ucha lub czerwonych krostek, jakie zostają na skórze po ugryzieniach pcheł.
Mieszkanie w łotewskim akademiku to prawdziwa szkoła przetrwania dla osób, które boją się pająków i karaluchów. Trudno im zasnąć, gdy leżą pod kołdrą i próbują udawać, że nie słyszą cichutkiego chrobotania stworzonek przebiegających przez pokój, że nie widzą ich cieni, powiększonych do sporych rozmiarów przez światło ulicznej latarni, wpadające przez okno.
Wiem coś o tym. Kiedyś też się bałam. Teraz jest mi wszystko jedno, czy w nocy biega po mnie rodzinka karaluchów, czy stadko pcheł. Zasnąć jest mi i tak trudno, więc nie trapię się dodatkowo takimi drobiazgami.
 

Szok kulturowy nr 4
Pijane łosie
Ryga (tak jak Kraków) jest jednym z ulubionych celów wypadów weekendowych Skandynawów, Anglików i Niemców. Płci męskiej, rzecz jasna. Każdego tygodnia już od środy miasto zapełnia się pijanymi facetami, którzy w sporych grupach (kilku-kilkunastu osobowych) terroryzują ulice Starego Miasta, zaczepiając każdą pełnosprawną kobietę w wieku 15-55 lat, zataczając się od krawężnika do krawężnika (robią to wszyscy razem w sposób tak skoordynowany, jakby przeprowadzali wcześniej jakieś próby) i śpiewając/krzycząc /skrzecząc w swym ojczystym języku (którego nikt nie próbuje zrozumieć z wielu oczywistych przyczyn).
Powód: ceny. Tanie kluby, tani alkohol, tanie hotele i tanie dziewczyny. Na tyle tanie, że przeciętnemu mieszkańcowi Londynu, Hannoveru czy Sztokholmu opłaca się z grupą kumpli wynająć czarterowy lot do stolicy Łotwy, schlać się tam do nieprzytomności, skorzystać z usług jednej z wielu agencji „masażu” i z kacem-gigantem oraz bagażem wspomnień, piwa i papierosów wrócić do domu, żony, pracy. Większość klientów prężnie rozwijającej się branży seks-turystycznej to pracoholicy, którzy na co dzień chodzą w doskonale skrojonym garniturze i krawacie, żywią się kawą, rogalikami i papierosami i nie mają praktycznie żadnego życia osobistego z powodu braku czasu. Są albo samotni, albo nieszczęśliwi ze swymi [robiącymi karierę]/[bezczynnie tyjącymi w domu] żonami (niepotrzebne skreślić). Zarabiają nieźle, mogą więc pozwolić sobie na jeden-dwa takie wypady w miesiącu. To właściwie jedyna rozrywka w ich z zasady nudnym i monotonnym życiu.
To też jeden z powodów (obok stanu upojenia alkoholowego) ich skandalicznego zachowania: ci na co dzień poważni, ułożeni, nienaganni biznesmeni muszą się wyszaleć, wykrzyczeć, wyskakać, muszą wykorzystać skumulowane pokłady energii – nie tej intelektualnej, lecz tej pierwotnej, prymitywnej, jaskiniowej energii tłumionego testosteronu. W krajach, w których mieszkają, leczą zęby i płacą podatki, na takie odstępstwo od zasad nowoczesnego uniformizmu biurowego nie pozwala im niestrudzone oko tzw. społeczeństwa.
Trochę ich rozumiem, nie zmienia to jednak faktu, iż nie akceptuję ich obcesowego natrętniactwa. Ci faceci chyba nie pojmują, że Ryga nie jest jakimś wielkim wesołym miasteczkiem, które zostało stworzone tylko dla rozrywki, że nie wszyscy jej mieszkańcy utrzymują się z dostarczania tej rozrywki przyjezdnym, że nie wszystkie spotykane na ulicy dziewczyny noszą w torebce cennik swych usług. Ryga jest miejscem, w którym osiemset tysięcy ludzi spędza swą codzienność, ucząc się, pracując, odpoczywając, robiąc zakupy, chorując, pobierając się i rozwodząc, i generalnie nie mając z branżą turystyczną nic wspólnego. Wszędobylskie pijane łosie wchodzą z brudnymi buciorami w ich z trudem utrzymywane na jakimś poziomie życie. I nie widzą w tym nic złego.
Ryga jest prawdziwą stolicą nocnego życia. To przecież przede wszystkim miasto ludzi młodych. Jest w czym wybierać: pijalnie piwa z letnimi ogródkami, puby z transmisjami meczy (w hokeja i koszykówkę, rzecz jasna), kluby z muzyką na żywo, dyskoteki, kluby ze striptizem, japońskie restauracje – wszystkie te lokale tłoczą się w niewielkim zabytkowym centrum miasta. Różnią się wystrojem, klimatem, rodzajem muzyki, natomiast łączy je jedno: niskie ceny. Wyłączając kilka superekskluzywnych lokali, do których i tak przeciętny śmiertelnik nie ma wstępu.
Ryga mogłaby z powodzeniem pretendować do tytułu raju imprezowicza. Po przepięknej starówce można spacerować godzinami, szukając kolejnego klimatycznego miejsca do wypicia kufla piwa. Restauracje, pizzerie, nawet naleśnikarnie (gdzie podają pankūkas) i pierogarnie (gdzie podają pelmeņi) otwarte są w sezonie do czwartej-szóstej rano. Wszystko byłoby pięknie – gdyby nie pijane łosie...
 

Szok kulturowy nr 5
Religia
Polacy wiedzą o Łotwie przerażająco mało – w najlepszym razie potrafią powiedzieć, że stolica kraju nazywa się Ryga, i że Łotwa weszła wraz z nami do Unii Europejskiej. Częściej jednak pytają, czy to przypadkiem nie jest jakaś część Rosji? Okazuje się, że Łotysze wcale nie są lepsi – o Polsce wiedzą tyle, że jest to olbrzymi kraj, który leży na ich drodze do Zachodniej Europy, i że wszyscy Polacy to zagorzali katolicy. Siostra mojej współlokatorki Ingi powiedziała mi kiedyś: „Kilka lat temu byłam na wycieczce w Częstochowie. Jasna Góra zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Słyszałam, że Polacy chodzą latem do Częstochowy pieszo, żeby się tam modlić. To niesamowite. Czy w Polsce jest jeszcze coś ciekawego do zobaczenia?” 

Zaniemówiłam z oburzenia. Gdy ochłonęłam, zaczęłam się nad tym zastanawiać i dyskutować na ten temat z nieco bardziej otwartymi umysłami. Lektorka i magistrantki potwierdziły później moje najgorsze obawy: tak myślą o Polsce w wielu krajach Europy. Nasz wybujały katolicyzm jest ciekawostką na skalę światową. Mówi się, że wszyscy Polacy wierzą w Boga, chodzą co niedzielę do kościoła, że religia steruje ich życiem. Zachwycają się tym niczym dziwolągiem w cyrku. A w łotewskim podręczniku leksykologii wyczytałam, że takie słowa, jak „kościół”, „chrzest”, „msza” są archaizmami... 
Kiedy mówię, że jestem ateistką, nie są to puste słowa – wypisałam się z katolickich rejestrów, nie mam prawa do kościelnego ślubu ani pogrzebu. Jednak na Łotwie nie robi to na nikim żadnego wrażenia, bo tam bardzo mało osób w moim wieku jest ochrzczonych, a w niedzielę wielkanocną idzie się do kina lub do marketu ogrodniczego po sadzonki. W takiej kulturze postawie ateistycznej brak owego podniecającego posmaku buntu, a wszelkiego rodzaju sekty są zapewne dla młodych ludzi o wiele bardziej atrakcyjne. 
Łotysze zawsze mieli do religii stosunek nonszalancki. O wiele ważniejszy był w ich życiu cykl natury, który dyktował siatkę świąt (najważniejsze – równonoce i przesilenia, zwłaszcza letnie, czyli noc świętojańska – o tym później). Obecnie na Łotwie dominują trzy główne wyznania: katolickie, luterańskie i prawosławne, lecz ich znaczenie dla przeciętnego Łotysza jest minimalne. Religia jest w tym kraju czymś bardzo intymnym, czego nie wpisuje się w dowodzie osobistym. Poza tym dotyczy stosunkowo niewielkiej liczby mieszkańców, przynajmniej w porównaniu do Polski. Łotysze nie chrzczą dzieci, pobierają się w urzędzie, na temat religii mają niewielkie pojęcie. Miałam okazję przekonać się o tym na zajęciach z aspektów kulturowych tłumaczenia: dziewczyny nie mogły sobie poradzić z tłumaczeniem na własny język takich słów, jak „gospel”, „mass”, „lent”, „rosary”. W języku łotewskim trudno wyrazić wiele związanych z religią rzeczy, które są naturalne i charakterystyczne dla języka polskiego.